Facebook
Instagram

Singapur – miasto, które nie przestaje jeść!

Singapur – miasto, które nie przestaje jeść!

Mówią, że Nowy Jork jest miastem, które nigdy nie zasypia, Singapur z kolei jest miastem, które nie przestaje jeść - knajpy z jedzeniem wynurzają się tutaj jedna za drugą, jak oddziały pożyczkowe na warszawskiej Pradze. Jak już zdecydujesz się na którąś, to w ostatnim momencie i tak łapiesz chwilę zawahania, gdyż ta obok wydaje Ci się jeszcze smaczniejsza… W końcu poddajesz się i kiedy nie wiesz już co masz zjeść, idziesz na kompromis, wchodzisz do najtańszej restauracji na świecie wyróżnionej gwiazdką Michelin i masz tylko jedną myśl - Hello Singapur!

Planując podróż do Singapuru wiedziałem jedno - będę dużo pił i jeszcze więcej jadł. Na mojej liście były przede wszystkim miejsca rekomendowane przez Anthony’ego Bourdain, gdyż był tym miastem absolutnie zachwycony. Nawet sam wpis chciałem zatytułować: Singapur - szlakiem Bourdaina, ostatecznie jednak odszedłem od tego pomysłu, gdyż jak wiadomo każdy facet chodzi swoimi ścieżkami, a tych w Singapurze nie brakuje. Nie brakuje również zasad (mogą one budzić sporo wątpliwości) - dzięki którym miasto to uchodzi za jedno z najczystszych i najlepiej zorganizowanych na świecie. Jedna z nich dotyczy gumy do żucia: w latach 90-tych singapurski rząd wprowadził całkowity zakaz jej sprzedaży i jest tak samo nielegalna jak narkotyki, z małą jednak różnicą - za żucie gumy oraz plucie na ulicy można otrzymać chłostę (ponoć są bardzo skuteczni w egzekwowaniu tej kary!) Za narkotyki jest kara śmierci, podobnie jak za gwałt, czy posiadanie broni. Za złamanie zakazu spożywania jedzenia w metrze grozi grzywna w wysokości pięciu tysięcy dolarów singapurskich.

Po tym szybkim wprowadzeniu możecie już założyć wygodne buty, gdyż idziemy na miasto coś zjeść:)

CHINATOWN

Prawie 70% ludności Singapuru to Chińczycy, którzy mają niewątpliwie spory udział w rozkwicie tego miasta, z pewnością w kwestii kulinarnej. W związku z tym koniecznie musicie odwiedzić jedną z pierwszych dzielnic Singapuru - Chinatown. To właśnie tam znajdziecie najtańszą restaurację na świecie z gwiazdką Michelin - Liao Fan Hong Kong Soya Sauce Chicken Rice Noodle. Stoliki w tej knajpie uginają się od jedzenia, a menu jest bardzo krótkie, co w moim odczuciu czyni to miejsce wyjątkowym.

Będąc w Chinatown koniecznie spróbujcie:

Soya Sauce chicken noodle rice - Kluczem do tego fenomenalnego dania jest mieszanka ziół używanych do aromatyzowania sosu sojowego (najważniejsze z nich to cynamon, goździki, anyż, czarny kardamon i liść laurowy). Kurczak jest delikatny i soczysty, co czyni potrawę obłędną w smaku!!! Podawana jest w wersji z makaronem lub ryżem.

Fried Oysters - to nic innego jak jajecznica smażona z ostrygami na tłuszczu wieprzowym. Pyszne, proste danie z dodatkiem chilli, przyrządzane w barze na kółkach przez szybko uwijającego się Chińczyka.

Hainanese chicken rice - przywieziony przez chińskich imigrantów z wyspy Hanai. Aromatyczny, delikatny kurczak pokrojony w plastry z dodatkiem sosu ostrygowego oraz chilli, podawany z ryżem, uchodzi za danie narodowe w Singapurze. Najlepsze miejsce, w którym rzekomo je serwują to Tian Tian Hainanese Chicken Rice, ale byłem za bardzo głodny, aby stać w kolejce i sprawdzić, czy to prawda.

Po takiej ilości jedzenia i wypiciu kolejnego piwa Tiger, które na kilka minut i o kilka stopni obniżało temperaturę mojego ciała, ruszyliśmy z przyjaciółmi w stronę dzielnicy biznesowej.

CENTRAL BUSINESS DISTRICT - LAU PA SAT

Pewnie zastanawiacie się, po jaka cholerę wybrałem się do zagłębia biznesowego. Też początkowo nie wiedziałem, ale jak już tutaj dotarłem, to na kilka godzin był to mój drugi dom. W cieniu wyrastających spod ziemi wieżowców, na skrzyżowaniu ulic, których nazw nie pamiętam znajduje się Lau Pa Sat food court. Miejsce, które w porze lunchowej jest lokalną stołówką dla rekinów biznesu, jest zdecydowanie czymś więcej! Zlokalizowane przy 18 Raffles Quay (przypomniało mi się), to jedno z wielu Hawker center, na które możecie natrafić w Singapurze i kolejne, ze znakomitym i tanim jedzeniem. Jeśli nadal macie wątpliwości, to zerknijcie na poniższe dania, których miałem okazję spróbować:

Laksa - przepyszna zupa z mlekiem kokosowym oraz czerwonym curry, podawana z makaronem, rybnymi dodatkami, kalmarami, krewetki, tofu oraz plasterkami ciasta rybnego z dodatkiem chilli - jakże inaczej! chilli jest wszędzie! Przyznam, że nie jestem aż takim fanem mleka kokosowego, gdyż w mojej opinii można wlać go nawet do moczu oraz każdego innego płynu i wszystko będzie smakowało tak samo. Niemniej jednak rybny wywar, delikatne curry i mleko kokosowe tworzy w mojej ocenie pyszne danie.

Carrot cake - ciasto marchewkowe? Wbrew nazwie to nie jest to. Biorąc pod uwagę, że to Azja, spokojnie może uchodzić za deser. Podstawowymi składnikami tej potrawy są rzodkiew i mąka ryżowa. Biała marchew, bo tak jest tu nazywana również rzodkiew, gotowana jest na parze, a potem smażona z jajkiem i czosnkiem. Podaje się ją w wersji oryginalnej (biała) lub z sosem sojowym (na czarno). Rzodkiew jest delikatna i puszta jak pianka z cukru dla dzieci.

Pork Ribs Soup - zupa na bulionie z żeber wieprzowych, z konkretnymi kawałkami gotowanego mięsa. Zjadłem ze smakiem, ale jadłem już lepsze rzeczy, albo po prostu nie trafiłem do dobrego miejsca.

Scallops with garlic - małże Św. Jakuba zapiekane razem z chilli, czosnkiem, z dodatkiem sosu ostrygowego - Jezu, jakie to było dobre! Za pierwszym razem jak byłem w Lau Pau Sat nie widziałem tej potrawy, ale jak zawitałem tam ponownie (tego samego dnia) zauważyłem jak lokalni ze smakiem pałaszowali to danie. Podszedłem do jednego, zapytałem gdzie mogę to zjeść i spokojnie czekałem, aż małże pojawią się na moim stole.

Sambal Stingray - kiedy byłem już przekonany, że zakończę jedzenie na małżach, dojrzałem jeszcze jedną potrawę. Sześćdziesięcioletnia Azjatka przyjmująca zamówienie pochwaliła mój wybór, choć jak zapytałem ją o nazwę ryby potrafiła mi tylko pomachać rękami jak skrzydłami, sugerując że to płaszczka. Płaszczka została ugrillowana, posmarowana na wierzchu sambalem i podana na liściu bananowca. Płaszczka była doskonała i soczysta, a zwarta struktura mięsa pozwalała cieszyć się dużymi smakowitymi kęsami.

Crab chilli - potrawa narodowa, krab w sosie z chilli z dodatkiem jajka. Nie jest to najtańsza rzecz i nie gwarantuje najedzenia się, ale zdecydowanie warto jej spróbować. Dla ułatwienia, krab często jest już pokrojony, co nie zmienia faktu, że w trakcie konsumowania tego dania sporo się dzieje na talerzu, a jeszcze więcej poza nim. Samo mięso kraba ciężko jest porównać do czegokolwiek, jest ono bardzo delikatne, chude, o lekkim rybnym posmaku (najbliżej mu do lobstera).

SATAY STREET

Po krótkim spacerze po centrum wróciliśmy do Lau Pa Sat, z jednego prostego powodu: o godzinie osiemnastej zamykany jest tu fragment ulicy i wjeżdżają grille rozpalone do czerwoności jak niegdyś twarz Janusza na polskich wakacjach all inclusive w Egipcie. W Warszawie ulice są zamykane tylko jak naród chce biegać, albo protestować (zapomniałbym, w Singapurze zakazane są również protesty). Po co to całe zamieszanie? Z tego samego po co tu przyjechałem – JEDZENIA.

Satay street, bo tak roboczo jest nazywane to miejsce, to świątynia dla każdego kto romans ze street foodem zaczynał od zapiekanek sprzedawanych w budkach przy PKP, a dzisiaj wybiera food tracki i Nocny Market w Warszawie. To, co odróżnia to miejsce od wyżej wspomnianych, to to, że jest otwierane codziennie, a nie na specjalne okazje. Na ulicy znajduje się od kilku do kilkunastu stanowisk, każde z nich jest ponumerowane i do każdego z nich przypisane są stoliki. Rywalizacja pomiędzy poszczególnymi budkami jest dość silna, dlatego porządku pilnują tutaj rezolutne Azjatki, kontrolujące ruch w swoich rewirach.

Sataye to danie Azji Południowo-Wschodniej, w szczególności Indonezji, Malezji, no i również Singapuru. Są to pokrojone w kostkę lub cienkie plasterki kawałki kurczaka, baraniny, wołowiny lub krewetek, nadziewane na patyczki bambusowe, a następnie grillowane na cholernie mocnym ogniu. Podszedłem do grilla, aby zrobić kilka zdjęć - to był test dla Samsunga, gdyż z odległości 15 cm doświadczył najprawdziwszego piekła Dantego i nie eksplodował.
Zamówiłem sataye z kurczaka, wołowiny oraz krewetek, oczywiście z sosem sojowo - orzechowym. Było to proste, szybkie, przepyszne danie o lekko słodkawym smaku. Przygotowanie tej potrawy jest błyskawiczne, tak samo jak jej konsumowanie, a gdy zabierasz się już za ostatniego sataya, zza pleców pada pytanie czy chcesz zamówić kolejne 5 -10 -15 sztuk. Tak się robi street food!

ARAB STREET

Po kolorowym Chinatown przyszedł czas na jeszcze bardziej egzotyczny rewir - Arab Street, czyli bardzo urokliwą okolicę z małymi uliczkami, pełnymi arabskich kawiarenek oferujących kuchnię bliskowschodnią. Pełno w niej orientalnych produktów i wspaniałej architektury, zarówno muzułmańskiej jak i kolonialnej. Chciałem odwiedzić tutaj kilka miejsc, ale pech chciał, że trafiłem na ramadan i większość knajp była zamknięta. Mówi się trudno, wszędzie nie mogę być, ale może Wy będziecie mieć więcej szczęścia niż ja. Mi pozostał spacer z przepyszną kawą i podziwianie tej fascynującej dzielnicy.

DRINK

Kiedy będziecie już najedzeni, kolejne piwo będzie jak kara i bardzo zapragniecie spokoju, proponuję wyskoczyć na drinka. W pięknych okolicznościach przyrody, a dokładniej rzecz ujmując w Gardens by the Bay, znajduje się Super Tree by Indochine z doskonałym widokiem na miasto (zwłaszcza wieczorem). Marina Bay również oferuje panoramę i to z wyższego piętra, ale zawsze są tam tłumy ludzi, zamieszanie i kolejki więc spokojnie drinka się tam nie napijecie. Wspomniany koktajl bar w ogrodach rekomendował również Bourdain, także wydaje mi się, że wybrałem najlepszy sposób na uczczenie jego pamięci.

Singapur to wspaniałe miasto, które zachwyciło mnie swoją organizacją, czystością, logiką, ale przede wszystkim szacunkiem do jedzenia, kuchni i ludzi dla samych siebie. Tak jak wspomniałem, planowanie wakacji zaczynam od szukania lokalnych targów z jedzeniem, a później dopiero hotelu, to w przypadku Singapuru miałem ten komfort, że lokalne jedzenie znalazło mnie szybciej. Obyło się również bez hotelu, gdyż po królewsku ugościł nas nasz przyjaciel Mike w swoim mieszkaniu. Wyszło to na plus finansowo, ale na minus zdrowotnie - konsumpcja destylatów przez pierwsze 3 dni zakończyła się wynikiem: Singapur : Warszawa 3:0. Obstawiam, że to przez tropikalny klimat, choć mój przyjaciel Robert uważa, że Mike jest nie do zajechania 😉

Z pewnością nie udało mi się wszystkiego zwiedzić, sporo miejsc jest jeszcze do zobaczenia, kilka nowych dań do spróbowania, ale to następnym razem. Dlatego nie traktujcie tego wpisu jak przewodnika po Singapurze, gdyż takim nie jest i z założenia nie miał być, mimo, że wiem jak odnaleźć się w singapurskim metrze, gdzie i za ile kupić bilet oraz którą linią dojechać na wyspę Sentosa. Jak już doskonale wiecie, jedzenie jest i było u mnie zawsze na pierwszym miejscu, a jedzone z przyjaciółmi staje się jeszcze smaczniejsze, samo miejsce piękniejsze i takim właśnie zapamiętam Singapur.

Smacznej lektury!

 

 

Podziel się ze znajomymi:

Brak komentarzy

Napisz komentarz