„Może polecimy do Tel Avivu?” – pytam przyjaciela pijąc espresso na Senatorskiej. „Nie, gdyż nie dostanę urlopu w środku tygodnia i będę miał przejebane w pracy”  – odpowiada. Nie zastanawiając się długo, odparłem  – „Zdecydowanie lepiej znosić opierdol Tel Avivie, niż w biurze na Mokotowie, nie sadzisz?” Chwile później, przewoźnik węgierski zarobił 1150 zł za dwie osoby i to w obie strony. 

Tel Aviv był kolejnym przystankiem, po Lizbonie, na mojej kulinarnej mapie. Byłem bardzo ciekawy, co skrywa Nowy Jork Bliskiego Wschodu, tym bardziej, że nasłuchałem się sporo na temat genialnego jedzenia. 

WELCOME TO TEL AVIV !

Na lotnisku Ben Gurion wylądowaliśmy dość późno. W 30 minut przemierzyliśmy 27 km Uberem do naszego mieszkania na północy Tel Avivu, w okolicach mariny. Zrzuciliśmy torby i szybko wyruszyliśmy dalej, aby coś zjeść. W życiu i nie tylko, intuicyjnie obieram często kierunek południowy. Tym razem też tak było. Po drodze zahaczyliśmy o spacerową uliczkę Ben Gurion, aby dalej podążając ulicą Dizengoff, z której to dochodziły coraz wyraźniejsze odgłosy życia nocnego. Ulica ta ciągnie się od północy Tel Avivu, aż do samego centrum i wypełnia ją spora ilość koktajl-barów i knajp. Ku mojemu zaskoczeniu, widok przypominał bardziej piątek w Warszawie niż środę, ale siły imprezowe rozkładają się w tym mieście zdecydowanie inaczej niż u nas.

 

Pierwszego wieczoru byłem już tak głody, że było mi obojętne co zjem. Druga sprawa, wszędzie miało być smacznie – tak  przynajmniej mówili znajomi. No, ale nie bylem sam. Mój wybredny przyjaciel i pierwszy krytyk kulinarny, przeciągnął nas okrutnie przez opary zapachów, zanim przyjąłem pyszną wołowinę i pierwsze chłodne piwo zostawiając w kasie 100 szekli… Moja pierwsza myśl: „To nie jest kraj dla ludzi, którzy lubią się napić”. Alkohol jest tam wyjątkowo drogi. Jak się okazało, po 23:00 również jest ciężko dostępny w sklepach. Jednak udało się nam zakupić wino 150 m od naszego mieszkania i wtedy poczułem, po raz pierwszy że jestem na świętej ziemi, a nasz powrót do domu to nie droga krzyżowa.

TROCHĘ HISTORII

„Jerozolima się modli, Hajfa pracuje, a Tel Aviv imprezuje”. Tak brzmi izraelskie przysłowie. Zdecydowanie sporo w tym prawdy.  Jednak żeby zrozumieć Tel Aviv, jego specyfikę czy też smaki, nie obejdzie się bez krótkiej historii. Alija – tak Żydzi określają powrót na ziemie Palestyny, a po 1948 roku, już do Izraela z najróżniejszych części świata. W ten o to sposób, Tel Aviv stawał się coraz bardziej kosmopolityczną stolicą, a kuchnia koszerna zaczęła ustępować wpływom arabskim, jemeńskim, śródziemnomorskim, czy też rosyjskim. Co więcej Shakshuka, która uważana jest za izraelskie śniadanie, pochodzi tak naprawdę z północy Afryki. Tak, więc uprzedzę Wasze pytania o kuchnię żydowską i informuję, że ona w swojej czystej tradycyjnej postaci w Tel Avive nie istnieje, a „kuchnia Tel Avivu” to niezwykłe połączenie wpływów kulinarnych z całego świata.  Po prostu opowiem Wam o swoich doświadczeniach kulinarnych z podróży.

STREET FOOD

W Tel Avivie nie ma sensu zapisywać adresów poszczególnych lokali, gdyż na każdej ulicy znajdziecie punkty, w których możecie spróbować klasyków tamtejszego street food’u. Osobiście przyznam, że nie uganiałem się specjalnie za falafelami czy też hummusem i może narażę się wielu osobom, ale w Warszawie, w Bejrucie na Poznańskiej zjem również dobry hummus, co tam. Umówmy się, cieciorka to nie wołowina… 🙂

Wracając jednak z Poznańskiej do Tel Avaviu, warto przejść się Allenby Street, która słynie nie tylko z życia nocnego. Rozpoczynając spacer na wysokości Jerusalem Beach, kierujcie się na południowy wschód, przecinając m in. Kinge George St. oraz Rotschild St., aby spróbować okolicznych smaków. Zachęcam, aby zaliczyć cała promenadę Rotchilda – to takie Aleje Ujazdowskie w Warszawie. Sporo zieleni i wspaniałych willi z przystankami na dobrą kawę, której pije się tutaj sporo.

Rotschild St.

 

Kawiarenka na Rotschild St.

 

Habima Squre
Ciasto z riccotą sprzedawane tylko w całości na Szabat

 

Kolejne miejsce to Carmel Market – najbardziej znane targowisko. Kupicie tu sporo owoców warzyw, ryb i gadżetów… Jednym zdaniem – gdyby nie Narodowy, to tak dzisiaj wyglądałaby oferta Stadionu Dziesięciolecia, w połączeniu z nocnym marketem 🙂 Od głównej alejki na Carmel Market  odchodzi sporo bocznych uliczek, które zaprowadzą Was do różnych kawiarenek i knajpek. Z rekomendacji jedynie Żyda poszliśmy z Arturem zjeść shakshuke. Miejsce było tak brudne i niechlujne, że nawet muchy przyklejały się do ceraty, no ale trzeba było spróbować. Przez ten wybór na dwie godziny straciłem przyjaciela, ale sam przyznał z bólem, że niestety to było smaczne 🙂

Wejście na Carmel Market
Stoisko z Jarmułkami

 

Wychodząc z Carmel Market, jak wiemy już w ciszy, mogłem skupić się na mojej liście kolejnych dań. Celem odrobienia zadania domowego (rzetelność to moja druga natura), zebrałem dla Was kilka potraw, które wpisują się w tzw. Mocną Piątkę, a może nawet siódemkę, o której warto wiedzieć, zanim zdecydujecie się coś zjeść.

  1. SHAKSHUKA – jajka zapiekane w pomidorach i papryce z dodatkiem kuminu, który nadaje tej potrawie niesamowitej wyrazistości. Jak sięgam pamięcią, to mój ojciec przyrządzał na początku lat  90- tych podobne danie: lekko ścięte jajka sadzone z sokiem pomidorowym. Gdybym miał wtedy Instagram, byłaby to pierwsza Shakshuka w tym kraju 🙂
  1. FALAFEL – kulki cieciorki, czasami bobu czy też fasoli, smażone w głębokim oleju  z dodatkami w picie  – pyszne wszędzie i  z pewnością warto przynajmniej jednego zjeść.
  1. SHAWARMA –  danie bliskowschodnie z odkrojonymi kawałkami mięsa (nie zapomnijcie poprosić o jagnięcine) podawane w grubej picie, z której wydobywa się mocne uderzenie kminu oraz innych korzennych przypraw.
  1. SABICH – smażony bakłażan z jajkiem na twardo z dodatkami hummusu lub sałatki. Podawane w picie, ja nawet znalazłem wersję z chlebem pszennym. Pieczywo mają tam naprawdę dobre.
  1. HUMMUS – zmielona ugotowana ciecierzyca z pastą sezamową, doprawiona czosnkiem, oliwą oraz kuminem. Pyszna przekąska, która zdobyła już wiele polskich miast. Ja wolę wersję na ciepło z kawałkami cieciorki.
  1. BOUREKAS – wypiek z ciasta francuskiego lub ciasta phyllo, wypełnione są serem, szpinakiem, ziemniakiem i innymi. Oryginalnie pochodzi z Turcji, ale z czasem stało się jednym z izraelskich przekąsek.
  1. BURIK (znany również jako burika lub brik) – pochodzi z Afryki Północnej. To cienkie ciasto wypełnione jajkiem i ziemniakami lub innym nadzieniem – następnie smażone do głębokiej perfekcji.
Shakshuka w wersji mish mash
Falafel
Sabich

Lista pewnie mogłaby być dłuższa, ale uzupełnię ją już przy kolejnej wizycie.

STARA JAFFA

Skoro już wspomniałem, to „najlepszą Shakshuke przygotowuje w Tel Avivie nie kto inny, jak Dr Shakshuka” – takiej informacji udzielił mi sympatyczny Żyd, który prowadził bar z jedzeniem na rogu naszej ulicy. Oczywiście ile ludzi, tyle opinii, ale to miejsce polecam zdecydowanie: szeroki wybór od mięsnych po wegańskie. Na jedzenie czekać za długo nie będziecie, bo na zapleczu spody patelni rozgrzane były aż do czerwoności, aby po kilku minutach dania mogły wylądować na stolikach wygłodniałych smakoszy.

Shakshuka u Dr Shakshuka
Dr Shakushuka
Dr Shakshuka
Stara Jaffa u Dr Shakshuka

Spacer z mariny do starej Jaffy zajął nam mniej więcej godzinę. Do najstarszej dzielnicy w Tel Avivie, która niegdyś, przez setki lat była miastem zdecydowaliśmy się wyruszyć promenadą wzdłuż wybrzeża. Jaffa to mega klimatyczna dzielnica i to właśnie w jej części znajduje się najstarszy port na świecie: strategiczny dla wielu agresorów i wiele razy podbijany, ale nie ma co dziwić się. Był tak popularny, że dorobił się product placement’u nawet w Biblii, a jak wiemy, nie jest to proste… 😉

Tel Aviv – port
Stara Jaffa
Jaffa – wyjście na plażę
Stara Jaffa
Stara Jaffa
Stara Jaffa – targowisko
Porto z granatu
Stara Jaffa – zabawy uliczne

 

Po przygodzie w Carmel Market, zatrzymaliśmy się w miejscu The Old Man and the Sea. Restauracja ta znajduje się w samym porcie i jeśli będziecie mieli ochotę wybrać się na obiad rodzinny i nie tylko, to zdecydowanie tam. Na dzień dobry otrzymujcie serie przystawek, których nie mogliśmy przejeść, a czekaliśmy jeszcze na wielki półmisek owoców morza. Kraby, świeże kalmary, krewetki, mule. Był też spory wybór ryb, warzyw i mięs. Polecam to miejsce, ponieważ jest stosunkowo tanie, jak na to miasto, a jedzenie jest tam naprawdę pyszne.

The Old Man & The Sea

Jaffa – The Old Man and The Sea

Jafa, to spotkanie historii, kultury, artystów i przede wszystkim baza z genialną kuchnią która w tym miejscu smakowała mi najbardziej. Kiedy już spróbowaliśmy sporo street food’u  byłem bardzo ciekawy, co jeszcze mogą zaproponować lokalni restauratorzy.

Zamiast chodzić po wielu knajpach postanowiłem, że muszę znaleźć jedno miejsce, w którym nie dość że dobrze zjemy, to jeszcze posiedzimy długo przyklejeni do kieliszka, niczym „kolędnicy do wódki i śledzia”, cytując Stachurę. Ramesses spełnij moje oczekiwania w jednym i drugim.

Oto jakich tam przepysznych dań spróbowałem:

  • Tatar wołowy z kaszą bulgur i kolendrą muśnięty hummusem
  • Zapiekane cukinie ze wschodniej Jerozolimy z konfitowanym czosnkiem i tureckim serem – coś mega pysznego….. ☺
  • Ceviche z białego tuńczyka z kolendrą – kolejna wspaniała rzecz ☺
  • Grillowana jagnięcina z ciepłym hummusem (Msabbaha), kawałkami cieciorki i domową harrisą – dwa razy zamówiłem
  • Ryba (biały tuńczyk) w sosie curry z mlekiem kokosowym
  • Mansaf – mielone mięso wołowe z tymiankiem, orzechami pini i jogurtem kozim podawane z ryżem – coś pysznego ☺
Stara Jaffa – Ramesses
Grillowana jagnięcina z ciepłym hummusem (Msabbaha)
Biały tuńczyk z sosie curry
Tatar z kaszą bulgur
Mansaf

 

Miejsce same sobie mega urokliwe, u zbiegu ruchliwych uliczek, z muzyką  w tle i starymi murami, przy nocnym oświetleniu tworzą fajny klimat.

Po kolejnej butelce wina głos mam donośniejszy, a siedzący za moimi plecami Żyd, który okazał się właścicielem jednego z warszawskich klubów. Łamanym polskim zaprosił na kieliszek tequili, a że miły człowiek, to co zrobisz jak nic nie zrobisz. Ostry nieprzyjemny smak, musiałem następnie przepić cztery razy ginem z ogórkiem. Tak, wieczór upływał nam przyjemnie, a jutrzejszy kac nie mógł już doczekać się, jak obudzi mnie z rana stwierdzeniem: „znowu razem” … 😉

PLAŻE

Z Jaffy, macie doskonały widok, na panoramę miasta i ciągnące się na północ plaże, które zasiedlone są przez spragnionych chill out’u Izraelczyków. Woda jest bardzo ciepła, a piasek na długości ponad 10 km, bo tyle w sumie wynoszą plaże w Tel Avivie, jest jak mąka do pizzy doppio zero.

Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są plaże dla ortodoksów, gejów, psów, a muzułmanki wskakujące do wody w burkini, hidżabach czy też innych zasłonach dymnych, nie przeszkadzają najbardziej ortodoksyjnym Żydom. Ortodoksyjni Żydzi są tutaj tylko egzotycznym dodatkiem do unoszącego się nad plażą zapachu marihuany i dystansu, którego już poza tym miastem nie uraczycie.

Tel Aviv – plaża
Stara Jaffa – widok na plaże
Tel Aviv – plaża
Tel Aviv – plaża

 

KOBIETY

Jeśli chodzi o mnie, to kolejny argument, poza Jaffa i jedzeniem, dla którego miałbym tutaj wrócić. Uroda i mix Żydówek to coś czym można się zachwycać do tego stopnia, że poza kacem porannym boli Cię rano od rozglądania się również kark. Tego samego Żyda, który opowiadał mi gdzie zjeść najlepszą shakshuke, zapytałem o kobiety – odpowiedział bardzo krótko: „Są  lekkimi snobkami, bo faceci w Tel Avivie są do dupy, a 90% z nich to geje” 😉 Ogólnie straciły chyba wiarę w facetów, ale pomijając ten powszechnie panujący stereotyp nie tylko tam, to powiem jedno. Są naturalnie piękne i nic więcej nie trzeba dodawać, tylko próbować odczarować mity 🙂

PODSUMOWANIE

Tel Aviv ma coś w sobie, nie byłem o tym przekonany pierwszego dnia, bo jak to mówi mój przyjaciel, zamiast iść w prawo, poszliśmy w lewo… 🙂

Na pewno jest to miasto wielu kontrastów, gdyż brzydota i zaniedbanie w niektórych ulicach, kłóci z egzotycznymi plażami i nowoczesnością. Historia i ślad dawnych czasów daje się we znaki i trzeba wiedzieć, jak je łączyć z całą resztą, aby mieć spójny i obiektywny obraz na to wszystko. Ortodoksi, hipsterzy, geje, nocni bywalcy klubowi, żydówki z odsłoniętymi ramionami obok burek muzułmanek. Kuchnię koszerną szybciej znajdziecie na krakowskim Kazimierzu, niż Allenby St., ale nie tej pierwszej wcale mi nie brakowało, po tym co tu jadłem.

Jak sobie to wszystko połączycie: egzotycznych ludzi, pyszne jedzenie, historie, cudowne słońce, a także skosztujecie sporo lokalnego porto z granatu i zaśniecie na plaży, to poczujecie Tel Aviv takim, jakim ja bedę go pamiętał.

Zdecydowanie miasto nie dla każdego, ale każdy powinien być tutaj chociaż raz do czego serdecznie namawiam ☺

Zachód słońca – Jaffa

 

Podziel się ze znajomymi:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here